| Nowelka o srebrnej teczce z plastikową rączką. |

Płytki oddech, truchtem od tramwaju do tramwaju, szybkobieżnie, chyłkiem przez pół oblepionego wszelką ohydą miasta. Korzystając z miejsca w Placówce Kreatywnie Rozwijającej, siedzę, ubabrana po pas w zobowiązaniach. Zobowiązania! Zobowiązania zawsze przynoszę w srebrnej teczce z plastikową rączką. „Prawie większa od Ciebie!” – parsknął Jegomość, wsiadający wraz ze mną do przybytku linii numer dwanaście na Bratysławskiej. Raz zjeżdżałam na niej po błotnych górkach, rozsianych po Retkini. Dobre wspomnienia, ta teczka, przyzwoity taran w drodze do pracowni chemicznej absurdalnie ciasnymi schodami. Łypnęłam spod kołtuna, który powoli zalęgał się w mojej grzywce ze względu na panujące warunki atmosferyczne. Jegomość dumny ze swojej zręcznej uwagi, wyciągnął dumnie bilet, a dumny kasownik dumnie wydał z siebie dumny dźwięk. Skasował. Wydawszy z siebie dźwięk dezaprobaty – cóż to, ja mniejsza od teczki? - bliżej niezidentyfikowany, obróciłam się do szyby. Duże miasto, w którym strach iść z papierosem. Istnieje bowiem nader wielkie niebezpieczeństwo natknięcia się na osobę znajomą. Jeśli znajomą nam samym – pół biedy, lecz spotkanie osoby znajomej i nam i rodzicom zazwyczaj owocuje ogromnym skokiem ciśnienia. But przylepił się do blado różowej gumy. Nic to. Marzną ręce, marznę cała ja, skostniały mi przewody krwionośne, skostniała lotność umysłu. Zakręt. Teczka, zatoczyła łuk i głucho uderzyła Jej Królewską Mość, która parsknąwszy z niezadowoleniem, obraziła się na łuki wszelakie i wysiadła tuż przy ulicy Zielonej. Zajęłam jej miejsce, swoją drogą, całkiem dogodne i zmierzałam dalej, hen, daleko, z tramwajem. Do miejsca, gdzie zapalę i odetchnę trudem mojej teczki srebrnej z plastikową rączką.


komentarze [3]

| 11 października 2008r. |

Szary, brzydki wyrób miasto-podobny, którego nie znoszę, a w którym żyć jestem zmuszona, aż do osiągnięcia pełnoletności – chcę zrobić wszystko, aby zostawić to betonowe bagnisko, do utraty tchu. A może zarazem, podświadomie, zostawić Ciebie? Bo tak będzie łatwiej, tak chyba zapomnę, uda mi się, zakopię za sobą, wyjeżdżając. Mam wrażenie, że sama się o to prosiłam – o podkrążone oczy, zimne policzki, dziwny posmak w środku mnie. Nawet nie wiesz jak często myślę, co mogło być, a nie będzie, nie ma tego – pieprzony raj utracony, prawdopodobnie z mojej winy. Nęka mnie to, wciąż mnie to goni – powiedz, dlaczego to się tak potoczyło? Powiedz.


komentarze [8]

| 28 września 2008r. |

Po sam czubek głowy utopiłam się w lepkiej ambicji. Tak oto powoli pcham bezustannie swoje życie do przodu, byle do przodu! Byle do końca tunelu, tam, gdzie światło i słodka samorealizacja, której nigdy nie zaznam z racji tego, czegoś, co wzdycha w środku mnie "mało, mało". Mało, mało, do światła tymczasem daleko, "ostatni" papieros w "ostatniej" paczce, tymczasem zimno mi już w ręce, zimno tak.


komentarze [4]

| 7 września 2008r. |

Powracam z głową pełną nowych priorytetów, garścią starych ambicji, jako dumna uczennica placówki wielu możliwości, miejsca inspiracji do wielorakiego zatruwania swojego czasu wolnego dodatkową robotą. Dobrze jest, tak?


komentarze [9]

| 10 lipca 2008r. |

Stopniowo doznaję tej specyficznej pustki pierwszej doby tęsknoty. Zapoznaję się z nią, oswajam, dobieram do pary ze świadomością, że znikasz na półtora miesiąca. Jakże teraz brzmi ta cisza w moim domu, którą parę tygodni temu się zachwycałeś, mocniej czuję Twój uścisk niż wtedy, gdy był realny, dwadzieścia-parę godzin temu na środku chodnika. Jako substytut wrażeń pozostał mi kojący kubek zielonej herbaty, którą nałogowo parzę kilkanaście razy dziennie, poza Tobą nie istnieje nic, łagodna melodia saksofonu, poranne kawy z książką w ręku pod drzewem brzoskwini, nawet ołówek, którym potrafiłam ułożyć swój świat na świstku papieru. Cisza, gra niemego światła, która stała się dla mnie bazą funkcjonowania i obiektem niezmiennej fascynacji, otoczyłam się tym w całej jasności porannego świata. Brak mi Ciebie, cały czas mi brak.



28 lipca - No, to skoro już wszystko chuj strzelił, to ja idę na fajkę.


komentarze [12]

| 24 czerwca 2008r. |

Zielona herbata parząca się kilkanaście minut, przepraszam Cię, zapomniałam, zatraciłam się w tym wszystkim, bez możliwości przywrócenia do stanu trzeźwości, bez względu na bodziec, który miałby to spowodować. Z mojego twardego stąpania po gruntach ziemskich przerzuciłam się na swobodne i beztroskie dryfowanie parę metrów nad powierzchnią. Mokrymi oczami z bezbrzeżnego zachwytu wpatruję się w świat, który bełkocze do mnie niezrozumiale. Bełkocz, bełkocz dalej, świecie! Siedzę sobie na mojej drewnianej klepce, podobno pachnę wiatrem i cynamonem, z sercem otwartym tylko dla Ciebie.


Dziękuję.



komentarze [7]

| 17 czerwca 2008r. |

Drżę, uważnie rejestruję każdy swój przemyślany ruch w tle rytmicznych dekad minionych. Przymknięte powieki, mimowolnie przygryzam swoje wargi, badam każde wspomnienie, przyporządkowuje je do poszczególnych dźwięków, tworzą one utwór, tworzy to obraz Ciebie, stworzony specjalnie przeze mnie. With love, from me to you. Analitycznie to rozkładam na czynniki pierwsze, przeprowadzam dziki proces uczuciowej dekantacji, czuję tego słodki smak - czubkiem nerwów na całym ciele. Drżę, drżę, drżę, ciężko oddycham z przejęcia, moje wyobrażenia zdublowały mnie, przydusiły lekko, skręciły płuca, przebiły serce na wylot.


komentarze [11]

| Travelling Riverside Blues |

Słońce z deszczem, uśmiech z płaczem, ołówek z gumką i głowa z pustką w środku. Określiłam wystarczająco swoje okołokarolowe otoczenie, ochłonęłam już z tego punktomiernego szczęścia... Tymczasem Ty nie zdajesz sobie sprawy, że rezygnuję ze spełnienia moich wysokich na metr sześćdziesiąt dwa, chorych ambicji - dla Ciebie właśnie. Wszyscy pukają się za powszechnym przyzwoleniem w czoło, aż do parabolicznej wklęsłości, a u mnie zagościł rumieniec na polikach, z racji takiej, że nie umiem się wybronić z tego waszego "dziecko takie dobre, a się zmarnuje".


Przecież pójdę za Tobą, przecież kocham. Durniu!


komentarze [4]

| ... |

Za oknem był świt, prawdziwy (wczesny) letni świt – siny od przelewających się zeń kolorów, mdły od wiercącego go wewnętrznie światła. Piąta, może szósta rano. Zerkam przez delikatną siatkę - falujące liście, majowe pobudka. Czuję, że to pewnie odległe od moich oczekiwań jamais vu, jamais vécu, powrót do wspomnienia, którego nie potrafię umieścić w jakże adekwatnej do niego rzeczywistości. Leżąc, wchłaniam cierpliwie wszystkie dźwięki, nawet to delikatne, deszczowe staccato na syntetycznym dachu...


komentarze [7]

| Love in Vain |

Tyle, co nic - całość, suma sumarum, tyle we mnie głębi, w komórkach ukrwionych soczystym nerwobólem, całość zgięta wpół, zgodnie z parabolą życia uczuciowego, grymas nieudolnego uśmiechu na twarzy mam. Boli.

Gimme shelter... or I'm gonna fade away.


komentarze [10]

| Anemia. |

Trzęsie mną porządnie, nie mam kluczy do domu, nie mam przygotowanego umysłu, nie mam siły, nie mam czasu. W skórzanej, przetartej na plecach, kurtce, dziękuję, postoję. Z pobłażliwością dla mojego rozedrgania, które widziałeś świetnie przez tą swoją szybkę cynizmu, zdecydowałeś spojrzeć na mnie łaskawie, ledwie żałośnie i prozaicznymi pytaniami przywrócić wszystko, co było. Blade wspomnienia.

21 kwietnia: Jeszcze 24 godziny...
22 kwietnia: Kto się spodziewał charakterystyki? No, kto?
23 kwietnia: Szacując, 40-parę z polskiego, 40-parę z matematycznego. Jakoś będzie. A co z Tobą...?



komentarze [12]

| Celem zmierzenia potencjalnego potencjału istoty Karolowej. |

A jednak, wspaniałość i mądrość ma swoje wymiary – według ostatnich badań humanistycznie jestem udana na 97.91%, a logicznie-matematycznie-inteligentnierzeczbiorąc zaledwie na 76%. Przecież miałam być dzieckiem idealnym, zepsułam im cały misterny plan..


To praktycznie zaraz, teraz, „natentychmiast” - za dwieście osiemdziesiąt osiem godzin. Jestem przerażona!




komentarze [8]

| Goodbye, Ruby Tuesday. |

Zmaltretowana, policzki sflaczały mi nieestetycznie od babcinego targania, imieniny, urodziny, Dzień Górnika, Dzień Lotnika – trzeba wiec rodzinny zrobić, wypić tryliony owocowych herbat, napęcznieć drożdżowym ciastem, wycałować oblicza i pójść do własnych czterech kątów tylko po to, żeby paść na pysk i westchnąć „jak dobrze, że się skończyło!”. Lustro pęka – ścierkowy odcień twarzy, naiwne, błyszczące oczy, spierzchnięte wargi, porozciągany golf o osiem rozmiarów za duży, gra orkiestra, gra – przytul mnie z całych sił, całym potarganym sercem.


komentarze [7]

| Oh well, oh well, oh well... |

Tryliony minut spędzonych nad skrzętnymi notatkami, naście kubeczków zielonej herbaty, stos podręczników, książek, a na szczycie, niczym cierpka wisienka na torcie– pudełko akwareli. Czuję się nieporęcznie - po latach pobłażliwego patrzenia przez palce na obowiązki, obudziła się we mnie dzika ambicja pokazania, że „Karol potrafi!”. Potrafię, potrafię, ślęczeć nad tym wszystkim do quasi-wiosennego świtu, a przy tym w przerwach uśmiechać się ładnie, przyzwoicie rysować, nienagannie malować, z błyskiem w oku robić zdjęcia moim analogowym, rosyjskim kochaniem, potrafię. Całkiem nienaturalnie. Tylko, po co mi to wszystko? Sobie pokażę, jak, dzięki statystykom tygodniowych lamentów nad samą sobą – już wiadomo, wyląduję pod kroplówką w stanie błogosławionego warzywieństwa. I nie odciągaj mnie od tego, mój drogi, i tak jestem w tym bagnie uszczęśliwiającym po sam czubek głowy, niech tak już zostanie, z pożytkiem dla ojczyzny.


komentarze [2]

| Never understood that it ain't no good. |

Wniebogłosy wywrzaskiwana niegdyś Radość Pańskiego Dnia Powszedniego ostatnio umknęła gdzieś sprytnym susem w obce strony, została przysłonięta książkami, obowiązkami, między wymyślnymi wymówkami znalazła bezpieczne schronienie. Bo to, bo tamto, bo nie zrobiłam, nie zrobię, zrobię, ale na geografii, nie warto, nie trzeba, natychmiastowo muszę. No, przecież, nie wiedziałeś? Czasami potrzebuję, żeby coś brutalnie-mentalnie rzuciło mną o mur – spadnie mi parę cegieł na durną kopułę, zwieńczenie bebechów myślo-podobnych, usłyszę echo przyszłych pogróżek i może wyzdrowieję. Kiedyś, kiedyś, o brzasku zimowego poranka…

Nerwowo zgniatam w ręku gumkę chlebową, rozbiegane spojrzenie przebyło już pewnie drogę z Ziemi na Księżyc, a ja dalej mam fiu-bździu w głowie, myślowy kołtun, grzywka w rock’n’roll’owym nieładzie. Została nietknięta, zimna herbata i Twój zapach w moich 12 metrach kwadratowych. Dlaczego wciąż mieszasz mi w głowie?


komentarze [10]






...
.Księga.
.Karolina.
.Kochaj.



2008
styczeń (2)
luty (9)
marzec (6)
kwiecień (3)
maj (1)
czerwiec (4)
lipiec (1)
wrzesień (2)
październik (1)
listopad (1)


Szablon mój. Zdjęcie -Elif Karakoç.